Opis dzień po dniu

Dzień pierwszy (przyjazd, niedziela)

Nie wiem, kto tu będzie. Jadę na ten SweatLodge sama. Z taksówki wysiadam przed piękną chatą górską. Wita mnie Paweł – nasz przewodnik. Niesiemy bagaże do pokoju. Schodzę do jadalni. Witają mnie miseczką owoców. Hm. Nie specjalnie się tym najadam, ale podążam w kierunku herbat ziołowych i przygotowuję sobie wielki kubek czegoś pysznego. Chętnych ważą i mierzą obwód talii, ud, pośladków, kostek, nawet szyi. Dla porównania przy wyjeździe...

Jest popołudnie. Zbieramy się na pierwszy kontakt z górami. Stali bywalcy szepcą, że to taki naprawdę rozgrzewkowy spacer. No nie wiem... Prujemy trzy godziny w dość szybkim tempie pod górę, potem w jeszcze szybszym na dół. Trochę nogi bolą, ale na razie normalka.... Jest wieczór jak wracamy. W jadalni czeka pięknie zastawiony stół, sala kominkowa oświetlona świecami, sączy się muzyka i unosi aromat potraw – na razie niewidocznych.

Wszyscy rzucamy się na wodę i herbatki. Tym zabijamy pierwszy głód. Bezszelestnie pojawia się kucharz. Nakłada nam po porcyjce pachnącej zupy z soczewicy z warzywami. Sprzątamy to w 10 minut. Niedosyt. Ale da się przeżyć. Zwłaszcza, że pokoje z pościelonymi łóżkami czekają. Wreszcie przeczytam tę książkę, z którą jeżdżę wszędzie od miesięcy i nigdy nie mam czasu....

Dzień II (poniedziałek)

Pobudka o 06:00 OMG!..... Dobra, zwlekam się z łóżka. W końcu ptaki też zaczynają się budzić za oknem. Ha ha ha. Joga o świcie. Zobaczymy. Wchodzę do sali oświetlonej świecami, zapach kadzidełka tworzy aurę niecodzienności. Rozciągające ćwiczenia jogi budzą mnie bardzo łagodnie i naturalnie. Śniadanie znów przy wspólnym stole (jajeczniczka i pełnoziarnisty tost. Aha jeszcze kilka plastrów słodkiej gruszki. Pyszne ale niewiele). Jemy w milczeniu. Wszyscy oszołomieni wczesną porą i pod urokiem miejsca.

Ruszamy do boju, na szlak. Kijki obowiązkowo. Podobno odciążają kolana. Przewodnicy pytają o podatność na bąble i proponują zabezpieczenie stóp opatrunkami. Mało kto bierze to na poważnie. Ruszamy. Beztroskie pogawędki zapoznawcze kończą się po 20 minutach. Narzucone przez 1-szego przewodnika (a prowadzi nas trzech) odbiera nam mowę. Podchodzimy wciąż pod górę. Po godzinie na szczęście pozbywam się zadyszki i zaczynam miarowo oddychać. Marsz przechodzi w trans, w którym mięśnie współpracują z myślami. Po ok. 2,5 godzinach stajemy na chwilę. Grupa jest już nieźle rozrzucona: tzw. przodek, środek i koniec – każdą grupę dzieli jakieś 20 minut. Ale nikt nie pogania – dzięki temu motywujemy się sami i rozkładamy siły w miarę możliwości. Na postoju ..... po dwie figi, kilka orzechów i 5 rodzynek na głowę. Chyba żart jakiś. O dziwo wystarcza, żeby dalej ruszyć. Oczywiście wodę pijemy bez przerwy. Dobrze, że jednak wzięłam na poważnie przesłaną mi przed wyjazdem listę rzeczy niezbędnych. Był tam tzw. kamel bak (plecak z pojemnikiem na wodę i rurką). Lunch na szlaku (sałata, oliwki, warzywa, humus plus rewelacyjny dressing) pochłaniamy nie wiem nawet kiedy.

Po dotarciu do chaty dosłownie padamy w sieni. 50 minut ćwiczeń „płaski brzuch”? O dziwo nie potrzeba rozgrzewki. Mięśnie brzucha są rozpalone po wycisku w górach. Teraz tylko kontynuacja. Sesja brzuszków szybko mija. Czym jest niecała godzina w porównaniu z 6 godzinami w górach. Prysznic i godzinna sesja masażu. Rokosz nie do opisania. Joga o zmierzchu. Myśleliśmy że nie przeżyjemy – a jednak udało się porozciągać. Podobno będziemy dziękować za tę jogę jutro rano. Ciekawe... Że niby wstać bez tego się nie da. Kolacja – uczta dla zmysłów: ratatoille z cukinii i bakłażanów z kaszą quinoa. Z kubasem naparu zmierzam do pokoju. Na szczęście mam pół paczki orzechów – jeszcze z podróży.

Dzień III (wtorek)

Pobudka, joga, góry. Tym razem ciężko. Nie cackają się nami – bez specjalnej rozgrzewki zasuwamy 6 godzin po górach. Był moment kiedy musiałam oddalić się od grupy żeby sobie zakląć sążniście. Nie dam rady dziś. Po co to wszystko. Jakaś dziewczyna ma bóle menstruacyjne i naprawdę nie może. Sprowadzają ją na dół. Ostatkiem sił powstrzymuję się, żeby nie wycofać się z nią. Chyba szkoda mi wydanej kasy – ciekawość, do czego to wszystko ma doprowadzić jednak zwycięża. Orzeszki, sałata polana rewelacyjnym dressingiem na szlaku i w transie staczamy się do mety. Nie mogę wejść po schodach do pokoju, wciągam się po poręczy. Rytuał „brzuszki”, masaż, joga kolacja i spać. Zasypiam w trakcie lektury 2-giej strony książki.

Dzień IV (środa)

Podobno tzw. Dzień Wielkiego Kryzysu. Proces oczyszczania organizmu się rozpędza i dopada człowieka zmęczenie, nudności, co tam jeszcze... O dziwo – budzę się na 5 minut przed pobudką. Co prawda ledwo schodzę na dół (taaaaakie zakwasy) ale czuję się wypoczęta i nie mogę doczekać się naszej spokojnej i rozbudzającej jogi. Wszyscy trochę zaspani, ale chętni do akcji. W górach ciężko, ale moje kijki jakoś swojsko leżą w dłoniach i wpadam w trans marszu bardzo szybko. Mięśnie bolą, szczególnie rano, ale ten charakterystyczny ból mięśni brzucha jest bardzo przyjemny. Ruch i dieta zaczynają przynosić efekty. Biorąc prysznic podziwiam profil swojej figury – nawet nie muszę specjalnie wciągać brzucha! Na telefony komórkowe nie ma czasu w pokoju. Na szlakach grzecznie, ale stanowczo przypominają nam o nie(!)korzystaniu z telefonów w obecności innych uczestników. Tworzy to rzadko już dziś spotykaną atmosferę spokojnych rozmów i podziwiania natury. Ale przede wszystkim pozwala swobodnie dryfować myślom, uspakaja się umysł i serce. Podobno powtarzanie prostych ruchów (intensywny marsz), czyli czynności, na której nie musisz się koncentrować, pozwala umysłowi swobodnie dryfować. Dryfujące myśli powoli układają się, odfiltrowują się zatruwające wątki, zostają tylko te potrzebne, które pragnę zatrzymać. Dziś zasypiam spokojnie, z poczuciem błogiego zadowolenia.

Dzień V (czwartek)

Podczas marszu znajduję siłę, żeby pogadać z przewodnikami i innymi uczestnikami. Właściwie czuję sympatyczne przywiązanie do grupy i naszych rytuałów. Uczucie głodu nie jest już tak dotkliwe jak w poprzednie dni. Żołądek widocznie zmniejszył się i nie potrzebuje już takich ilości. Cała tajemnica polega na tym, żeby zmniejszyć porcje bez zmniejszania wartości odżywczej posiłków. Tyle warzyw i oliwy z oliwek w tygodniu na pewno nie spożywam w domu. Tutaj każde warzywo, jajko, sos smakuje jak uczta. Kucharz jest boski! Aha. Zupełnie „nieistotny” szczegół: cały dzień lało. Szliśmy więc w strugach deszczu. Złapałam się na tym, że nawet mnie to cieszy – deszcz zmywał z twarzy pot. Przemokliśmy do majtek, ale i to nie było problemem – w poprzednie dni również byliśmy mokrzy – tyle, że od potu.

Dzień VI (piątek)

Ostatni dzień pełno-wymiarowy. Jutro w południe wyjazd. Dziś naprawdę jesteśmy gotowi dać z siebie wszystko. Po jodze i śniadaniu schodzimy przebrani dumni z tego, że spodnie u wszystkich są jakby wyraźnie luźniejsze. Fakt wszyscy wyglądamy o wiele lepiej. Wielu z nas słyszy dawno nie słyszane komplementy typu: masz błysk w oku, ale dziś dobrze wyglądasz..... Fajne uczucie. Dziś czuję się, jakbym mogła nasze góry przenieść, nie tylko przejść. Dziś idę bardzo świadomie, usztywniam nawet idąc mięśnie brzucha, żeby wycisnąć z nich, co się da. Wszyscy zresztą idą sprężyście i widać, że chcą ten dzień wykorzystać na maksa. Po kolacji stać nas nawet było na posiedzenie przy kominku. O dziwo nikt nie pędził do swoich telefonów, żeby przejrzeć maile. Tematy rozmów też jakby inne: filozofia, wolne myśli, książki, teatr, film, uroda życia.

Dzień VII (sobota)

Przed śniadaniem ważą i mierzą chętnych. U mnie 7 cm w talii mniej – to mówi samo za siebie. Biodrówki łagodnie opadają na biodra. Uśmiecha na twarzy, błysk w oku. Czuję niesamowity spokój. Przed wyjazdem tutaj miałam gonitwę myśli, popędzałam się do gwałtownych i radykalnych, wręcz histerycznych decyzji. Teraz nie ma tej nerwowości i obawy o przyszłość. Czuję jakby od zgiełku oddzielał mnie jakiś firewall, bezpieczny dystans.

Dwa miesiące "PO"

W ogóle nie muszę martwić się o dietę. Od sweatlodge’owego wycisku nie wchodzą we mnie wielkie porcje jedzenia. Najadam się w połowie posiłku. Z tęsknoty za tamtą kuchnią jadam dużo aromatycznych warzyw i kasz, mięso też, ale jabkby naturalnie mniej mnie do niego ciągnie. Do intensywnego wysiłku też pozostał sentyment. Odruchowo pomijam windę i pędzę po schodach. W duszy sweatlodge ciągle gra: uśmiecham się do ludzi i mam do wielu spraw zdrowy dystans. Poznałam siebie i świetnych ludzi. Nadal utrzymujemy kontakt. Właściwie zyskałam grono przyjaciół. Planujemy już kolejny sweatlodge... Życie „przed” i „po” sweatlodge’u? Nie przesadzam, można tak to nazwać. Hej.

TERMINY/REZERWACJE  PROGRAM  KONTAKT